74 lata temu pod Tuszynem doszło do pierwszej po wojnie katastrofy lotniczej
74 lata temu, 15 listopada 1951 roku, również było pochmurno, mglisto i chłodno. Samolot PLL „Lot” przyleciał do Łodzi ze Szczecina i koło południa wystartował do Krakowa. Kapitan samolotu Marian Buczkowski, ojciec znanego aktora Zbigniewa Buczkowskiego, prawdopodobnie zgłaszał kłopoty z maszyną, ale rozkazano mu lecieć z względu na jakiegoś ważnego pasażera. Samolot leciał na niskiej wysokości, przy słabej widoczności i w pobliżu wsi Górki Duże zawadził o linię energetyczną, spadł na ziemię i zapalił się. Zginęło 12 pasażerów i 4 członków załogi.
Były to początki powojennych przewozów pasażerskich i prawdopodobnie dlatego ówczesne władze chciały za wszelką cenę uniknąć rozgłosu. Katastrofę w Górkach Dużych odnotowano jedynie w lakonicznych komunikatach prasowych. W tej sprawie na wiele lat zapanowało milczenie. Tymczasem krążyły plotki o niesprawnej maszynie i awarii jednego z silników. Potwierdzali to zresztą mieszkańcy Górek Dużych, którzy obserwowali „ciężki” lot maszyny, a potem katastrofę.
W 2010 roku z inicjatywy Z. Buczkowskiego w tuszyńskim parku odsłonięto pamiątkowa tablicę pamiątkową umieszczoną na wielkim głazie. W uroczystości oprócz Zbigniewa Buczkowskiego uczestniczyli także jego dwaj bracia Waldemar i Marian. Co roku u stóp tego pomnika znajdującego się w parku miejskim odbywa się spotkanie poświęcone uczczeniu pamięci ofiar katastrofy. Takie spotkanie zorganizowane przez Łódzki Klub Seniorów Lotnictwa i gospodarzy Tuszyna odbyło się 15 bm. z udziałem m.in. tuszyńskich samorządowców i pasjonatów lotnictwa. Prowadził je prezes wspomnianego Klubu Andrzej Amerski. Spotkanie było również okazją do rozmów na temat katastrofy.
Li-2 o numerze SP LKA to jedna z dziesięciu maszyn, jakie Polska otrzymała od ZSRR. Były to samoloty amerykańskie, produkowane na licencji w Związku Radzieckim. Wojskowe maszyny dostosowano do potrzeb komunikacji lotniczej. Po wystartowaniu z Lublinka samolot przeleciał zaledwie 20 km. Czy pilot nie widział na trasie lotu najwyższego wzniesienia Wyżyny Łódzkiej, a może nie mógł wznieść się wyżej z powodu awarii? Pierwsi na miejscu zdarzenia byli strażacy z OSP. Świadkowie katastrofy wspominają, że maszyna zawadziła o linię wysokiego napięcia, drut okręcił się wokół śmigła. Gwałtowny pożar spowodował, że nie można było zbliżyć się do szczątków samolotu i ratować ludzi. Strażacy, którzy pojawili się z końskimi pojazdami mieli w zbiornikach po 300-400 litrów wody.
Specjalnie powołana rządowa komisja ustaliła, że warunki lotu tego dnia były trudne, a maszyna znajdowała się w dobrym stanie technicznym. Winą za katastrofę obarczono kapitana M. Buczkowskiego. Rodziny wielu ofiar nie zgodziły się z takimi oficjalnymi ustaleniami. Kapitan Buczkowski, absolwent szkoły lotniczej w Dęblinie, był doświadczonym pilotem, brał udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku, został wówczas ranny. Po katastrofie władze chciały zorganizować pogrzeb z honorami, ale wdowa nie wyraziła zgody i pojawił się ksiądz. To spowodowało, że sprawę katastrofy wyciszono.
Jaka była prawda, czy potwierdzają się plotki o awarii i zmuszeniu pilota do Lotu. Nie wierzy w nie A. Amerski, który rozmawiał przed laty z ludźmi będącymi na lotnisku świadkami lotu feralnej maszyny. Gdyby była awaria to samolot byłby naprawiany. Wygląda na to, że pilot popełnił błąd i nie poleciał wysoko w chmury. Dlaczego leciał tak bardzo nisko? Tego już nigdy się nie dowiemy…
Ryszard Poradowski












