Był dla mnie chodzącą encyklopedią Rzgowa, bo mimo przeżytych ponad 90 lat pamiętał wszystko jakby to wydarzyło się wczoraj. Przedwojenny Rzgów, lata okupacji niemieckiej i potem okres powojenny poznawałem dzięki niemu, bo doskonale pamiętał nie tylko wydarzenia, ale i ludzi. Był ostatnim rzgowianinem, który bez trudu odmalowywał dzieje nieistniejącego już grodu nad Nerem.
Urodził się w Rzgowie 6 listopada 1927 roku. Jego rodzicami byli Józef i Marianna z domu Dziemborska. Józef mieszkał przy ul. Przejazd, z czasem od Niemca, łódzkiego fabrykanta z ul. Lipowej, nabył kawał pola, które ciągnęło się aż do Kamiennej i Literackiej. Postawił pół domu przy Tuszyńskiej, drugą część dobudował syn Jan, gdy powrócił z wojska.
Pan Jan wracał często pamięcią do lat wojny. Gdy Niemcy napadli na Polskę, w pierwszych dniach września 1939 roku w niewielkim Rzgowie pojawili się uciekinierzy ze zbombardowanego Wielunia. 12-latek oglądał umęczonych i przerażonych rodaków, a jednocześnie przyglądał się niemieckim żołnierzom, którzy pojawili się w jego domu, by przygotować sobie posiłek, ogolić się umyć. Ten widok „rycerskiego” i zadbanego Wehrmachtu kontrastował ze śmiercią i cierpieniem Polaków. Przerażonych rzgowian opanowała też panika. Bednarscy z niewielkim dobytkiem na wozie i przywiązaną krową ruszyli na Warszawę, ale gdy pod Brzezinami niemieckie samoloty zbombardowały kolumny uciekinierów i zobaczyli stosy trupów, po kilku dniach powrócili do Rzgowa. Potem była długa okupacyjna noc…
Po zakończeniu wojny nie było lekko. Jan Bednarski, jak wielu rzgowian, musiał zarabiać na utrzymanie rodziny. Posiadał konie i rozwoził węgiel do domów łodzian. Z czasem uruchomił warsztat ślusarsko-kowalski, bo było olbrzymie zapotrzebowanie na tego typu usługi. Wyspecjalizował się szczególnie w budowie wozów konnych dla rzgowskich wapniarzy, ale też składał maszyny, traktory. Te wozy dla wapniarzy musiały mieć wzmocnioną konstrukcję, bo woziły wapno z nadpilicznego Sulejowa nie tylko do Łodzi, ale i wielu miejscowości województwa.
Jak wspomina jego córka Marianna Redzynia, całe życie ciężko pracował, ale też znajdywał czas na czytanie książek i gazet, zarywając niejednokrotnie kawał nocy. Lubił oglądać telewizję, ale robił to inaczej niż wielu z nas, bo interesował się obsadą widowisk teatralnych, techniką. Długo nie miał telefonu komórkowego, gdyż wystarczał mu stacjonarny, ale gdy przekonał się do tego wynalazku, sam pojechał do sklepu, nabył aparat i nauczył się go obsługiwać. Niemal do końca jeździł swoim „Lanosem”. Gdy w 2020 roku święcono pojazdy, ksiądz żartując powiedział, że ten samochód chyba trochę za stary. Bednarski odrzekł: „Ja stary, Lanos stary…”
Przez całe życie interesował się Rzgowem. Znał doskonale problemy osady, a potem miasta, opowiadał historie wielu tutejszych rodów, przytaczając dokładne daty i wypowiedzi wielu ludzi. Działał w OSP, Kółku Rolniczym, Spółce Leśnej. Wychował córkę i syna.
Córka Marianna podkreśla, że był bardzo rodzinny, wraz z żoną scalał całą rodzinę, a że był bardzo gościnny, w jego domu przy Tuszyńskiej spotykali się przedstawiciele kilku pokoleń. Ze wszystkimi znajdywał wspólny język. Lubił dawać wnuczkom prezenty, bo sprawiało mu to widocznie przyjemność. Lubił też dzielić się swoją wiedzą i bogatym doświadczeniem życiowym. Odwiedzałem go co jakiś czas, ale nadeszła pandemia i nasze spotkania ustały. W końcu 2020 roku dopadło go zapalenie płuc. Zmarł 4 grudnia. Kilka dni później odbył się pogrzeb, w którym z powodu choroby nie uczestniczyła ani żona, ani syn. Dwa lata później zmarła jego żona Teresa, która także przeżyła 93 lata…
Ryszard Poradowski




