Najstarsze dzieje Rzgową giną w pomrokach dziejów. Nie zachowały się do naszych czasów ani stare budowle, ani dokumenty potwierdzające istnienie tu jakiegoś grodu czy zamku. Za to wśród najstarszych mieszkańców krążą najdziwniejsze opowieści o starym zamku i nieszczęśliwej miłości Halszki, żony tamtejszego pana, do rycerza Grota z pobliskiego Grodziska.
– Było to dawno, dawno temu, gdy jeszcze najdawniejsi kronikarze nie sięgali po gęsie pióra i nie opisywali naszych szlachetnych książąt i królów – opowiada Maciej z Babich, syn rodu, który wydał na świat wielkiego Feliksa Głowacza, co to kawał świata zjechał, rycerzom usługiwał w niejednym zamku i różnorodne cuda widział na swoje oczy. Otóż tenże Feliks, zwany też Szczęsnym, zapamiętał, jak jego babka opowiadała o nieszczęsnej miłości, co Rzgów na krawędź katastrofy przywiodła. Otóż w tutejszym zameczku władzę sprawował okrutny rycerz, co z wojny w dalekich krajach przywiódł do domu prześlicznej urody dziewczynę, wziętą w jasyr podczas kolejnej wyprawy. Dziewczę miało niebieskie oczy i długi jasny jak słońce warkocz. Nie znano jej prawdziwego imienia, ale miejscowi nazwali ją Halszką i tak ją między sobą nazywali. Widywano ją najwyżej dwa – trzy razy w roku, bo pan na rzgowskim zamku trzymał ją w niewielkiej wieży, chroniąc przed wścibskim wzrokiem służby i sąsiadów. Dziewczę miało oczy smutne, bezustannie patrzyło w dal, jakby wypatrując swojego wybawiciela z tej okrutnej niedoli. Czasami tylko o zachodzie słońca po wodzie pobliskiego Neru niósł się żałosny śpiew młodziutkiej żony okrutnika.
Pan na rzgowskim zamku słynął w okolicy z nieludzkiego traktowania swoich poddanych. Któregoś dnia kazał zabić sługę tylko za to, że nie skłonił się panu, gdy ten nagle wyszedł ze swojej komnaty, innym razem rozkazał wychłostać na śmierć dziewczę od bartnika, gdyż śmiała odmówić panu garniec miodu, choć takowego akurat w chałupie nie było. Gdy któregoś dnia pojawił się w okolicy rycerz spod Sieradza i wypytywał o pannę, której żałosny śpiew słychać było w okolicy, okrutnik z zamku wysłał sługi i wszelki słuch po śmiałku zaginął. Opowiadano potem, że ciało nieszczęśnika wyłowiono niedaleko młyńskich stawów i pogrzebano pod starym dębem, gdzie spotkać jeszcze można stos kamieni.
Mijały lata. Ludzi w okolicy paraliżował strach, nikt nie śmiał wchodzić w drogę okrutnikowi ze rzgowskiego zamku. Jednak którejś nocy do wieży, w której mieszkała żona okrutnika, zakradł się syn pana z pobliskiego gródka. Owego dziedzica na Grodzisku nazywano Grotem, bo był na wojnie i grotem strzały raniony cudem tylko uratował życie. Jego syn chciał iść w ślady ojca i powoli sposobił się do miecza. Wędrował po okolicy, znał niemal wszystkie drogi i ścieżki. Jak się okazało, zawędrował też do pobliskiego zamku i słuchał wieczorami żałosnego śpiewu dziewczęcia.
Wreszcie postanowił wyrwać Halszkę z niewoli znienawidzonego sąsiada. Zakochany w dziewczynie postanowił uwolnić ją z niewoli. Gdy był już w komnacie białogłowy, okrutny mąż zawiadomiony przez sługi wpadł z mieczem i zabił młodziana, a żonę zamknął w lochach zamku. Gdy o tragedii dowiedział się ojciec zabitego młodzieńca, najechał ze swoimi ludźmi rzgowski zameczek i zniósł go z powierzchni ziemi. Szukano potem daremnie żony okrutnika, a i sam pan na zburzonym już zamku zniknął bez śladu. Tylko wieczorami wzdłuż rzeki niósł się wciąż żałosny śpiew pięknej Halszki, a w pobliskich szuwarach widywano czarnego jak smoła wilczura, co rzekomo znienawidzonego pana przypominał. Przybysze, którym przyszło przejeżdżać przez Rzgów, omijali z daleka miejsce na wzgórzu, gdzie stał stary zamek, przez co handel w mieście podupadł i wiele domów w rynku stało opuszczonych.
Mijały lata, mijały wieki. Rzgowianie niejednokrotnie usiłowali odnaleźć ruiny dawnego zamku, by uwolnić z lochów nieszczęsną Halszkę, ale nikomu dotąd nie udało się trafić choćby na ślady dawnej budowli.
Spisał: Ryszard Poradowski



