Niedziela, w samo południe, strażacka syrena wzywa strażaków do kolejnej akcji ratowniczej. Nie minęła jeszcze minuta, a już pod strażnicę zajeżdża na motorze jeden z młodych druhów. Kolejne kilkadziesiąt sekund i pojawiają się następni strażacy. Wrota strażnicy już otwarte, druhowie błyskawicznie zakładają oliwkowe ubiory. Jeszcze kilkadziesiąt sekund i dwa wozy wyjeżdżają do akcji w rejonie ulicy Łódzkiej, gdzie doszło do wypadku drogowego… Gdy strażacy dojeżdżają na miejsce, okazuje się, że nastąpiła banalna stłuczka. Dopiero teraz oceniają sytuację, sprawdzają podłączenie akumulatora, a ponieważ obok jest plama oleju czy innego płynu wyciekającego z silnika jednego z pojazdów, rozsypują substancję neutralizującą płyn.
Choć kolizja okazuje się niegroźna, o czym strażacy przekonują się dopiero na miejscu zdarzenia, jestem pod wrażeniem błyskawicznego działania rzgowskich druhów. – Na wyjazd w dzień mamy zaledwie 5 minut, ale często jest tak, że syrena trzykrotnie po jednej minucie wzywa druhów i jeszcze nie kończy alarmu, a już pierwsi druhowie są w strażnicy, by po kilkudziesięciu sekundach wyjechać do pożaru czy zdarzenia na drodze. Nocą musimy wyjechać maksymalnie w ciągu 15 minut – mówi prezes OSP w Rzgowie Stanisław Gajdzicki. – Staramy się, by ten czas od alarmu do wyjazdu był jak najkrótszy, wszak w walce o ludzkie życie liczy się każda sekunda.
Dla każdego strażaka sygnał syreny to znak, że zaczyna się kolejna walka o ludzkie życie czy ratowanie cennego dobytku. Wówczas liczy się każda sekunda. Zostawiają rodzinę, opuszczają uroczystość z udziałem najbliższych czy przyjaciół, zrywają się z łóżka, gdy inni smacznie śpią, by nieść pomoc potrzebującym. W Rzgowie tak jest od prawie 120 lat. Warto o tym pamiętać nie tylko z okazji kolejnego święta czy jubileuszu!
Ryszard Poradowski








