W wakacje roku 1959 rzgowscy harcerze szykowali się do wyjazdu na obóz harcerski do Zakościela, wioski położonej nad Pilicą w okolicach Inowłodza. Z rynku wyjechaliśmy ciężarówką Gminnej Spółdzielni. Ulokowano nas na skrzyni pod plandeką na wstawionych ławkach. Każdy posiadał wypchany plecak z owiniętym w rulon kocem. Po dwóch godzinach jazdy, wytrzęsieni dojechaliśmy do celu.
Obóz zlokalizowano na wysokiej, zalesionej nadpilicznej skarpie. Teren okazał się własnością przedwojennego dziedzica Zajączkowskiego. Było to już starszy, ale żwawy jegomość z sumiastym wąsem. Na rozległej polanie rozstawiono około dziesięć namiotów, w tym kuchenny i magazynek żywnościowy. Namioty były z grubego płótna z napisem ,,US Army”, niechybnie z czasów II wojny światowej, kwadratowe 5 x 5m, wysokie z masywnym drewnianym masztem. Po jednej stronie ustawiono pryczę, a na niej sienniki, które sami wypchaliśmy słomą. W środku było sporo miejsca, i w czasie niepogody organizowane były różne zabawy i gry oraz omawiano też sprawy zastępu i obozu. Niestety namioty przeciekały niemiłosiernie, mimo, że smarowaliśmy te miejsca klejem, lecz bez widocznego skutku. Teren przed namiotem udekorowaliśmy herbem zastępu zrobionym z szyszek a całość ozdobiono runem leśnym. Wystrój było oceniany przez Komendę Obozu.
Ja byłem w najmłodszym zastępie liczącym około dwunastu harcerzy, którymi przewodził druh zastępowy Kazimierz Siutowicz, wtedy już uznany sportowiec i piłkarz. Ogółem obóz liczył ok. 80 osób, w tym ok. 30 dziewcząt. Komendantem był Henryk Śmiechowicz, prezes LZS Rzgów, a oboźnymi – Jan Dublewski i Januszek Rechciński. Z mojego zastępu pamiętam: Pawła Salskiego, Jurka Kaczmarka, Marka Lukasa i najmłodszego z nas Marka Salskiego. Z ogółu harcerek przypominam sobie: Zofię Strzałowską, Jadwigę Cegiełkę, Danutę Keller, Annę Stachowicz, Danutę, Jagodę i Zofię Salskie oraz szefującą im Agnieszkę Salską.
Codziennie odbywały się apele poranne i wieczorne z całą oprawą, tj. hymnem harcerskim, wciąganiem i opuszczaniem flagi, składaniem raportów oraz odczytywaniem pochwał i nagan. Zdrowa biurokracja musiała być, dlatego panował w obozie porządek i dyscyplina harcerska. W połowie turnusu odbyło się nocne pasowanie i ślubowanie harcerskie połączone z uroczystym śpiewem piosenek obozowych przy ognisku. My najmłodsi szczególnie to przeżyliśmy.
Warunki ogólnie były skromne, żeby nie powiedzieć siermiężne i nie do pomyślenia dla dzisiejszej młodzieży. Wodę donosiliśmy ze studni na korbę odległej o ok. 100 m w dużych wojskowych kotłach. Kuchnię stanowił namiot bez boków, pośrodku palenisko i jakiś stół, na którym przyrządzały posiłki starsze harcerki. Każdy dyżurujący zastęp chłopców odpowiadał za podtrzymanie ognia oraz za mycie naczyń kuchennych po posiłkach. Ta czynność odbywała się w nurcie Pilicy tylko przy użyciu wody i piachu. Elektryczności oczywiście nie było. Musiały wystarczyć latarki, ale mieliśmy za to cud techniki ” na owe czasy – wojskowy telefon przewodowy z całym wyposażeniem. Zapewniał on łączność między wartownią ze szlabanem a kwaterą komendanta.
Pamiętam taką scenę, że starsze dziewczyny zażartowały z najmłodszego harcerza Marka Salskiego i jedna z nich udając matkę długo z nim rozmawiała i nawet obiecała odwiedziny, ku uciesze malca. Marek dopiero później dowiedział się, że padł ofiarą niewinnego żartu. Był, jak widać, czas i na dowcipy. Codziennie po caprzczyku każdy dyżurujący zastęp trzymał wartę nocną aż do apelu porannego. Jedyny w zastępie posiadałem zegarek, tzw. buksiak z NRD (podarek komunijny). Jego wielką zaletą był fosforyzujący blat. Pech chciał, że zegarek wykąpał się w Pilicy razem z właścicielem, a nie był jak się okazało wodoszczelny. Za kilka dni podczas warty nocnej okazało się, że zegarek stracił swą precyzję i chodził jak chciał. Jedne zmiany stały w nocy na warcie jedną godzinę, a inni mniej zaradni trzy i więcej.
W niedzielę szliśmy ok. 2 km do Inowłodza na mszę św. w grupach niezorganizowanych. W tych czasach komenda obozu nie mogła sobie pozwolić na oficjalny przemarsz harcerzy do miejsca kultu religijnego. Tak było. Po drodze mijaliśmy historyczny kościół św. Idziego z XIII w.
W pogodne dni sporo czasu spędzaliśmy na pobliskiej polanie, gdzie urządziliśmy prymitywne bramki. Zastępowy Kazik Siutowicz wpajał nam systematycznie tajniki kunsztu piłkarskiego, dzięki temu niektórzy z nas kontynuowali tę przygodę piłkarską w rzgowskim klubie. Wróciliśmy z obozu szczęśliwi i pełni wrażeń. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że przeżyliśmy nieświadomie ,,szkołę przetrwania”. Do dzisiaj pozostały w pamięci niezatarte jeszcze kadry z tej kanikuły.
Następny obóz harcerski był w Soczewce koło Gostynina w 1960r. Składał się z wielu chorągwi harcerskich powiatu łódzkiego – Rzgów, Tuszyn, Aleksandrów, Konstantynów itp. Panował duży zamęt, zła organizacja, a mnie najbardziej brakowało tej miłej i znanej lokalnej atmosfery. Dlatego najserdeczniej wspominam i najwięcej pamiętam z poprzedniego obozu.
Sierpień 2024, Janusz Bloch



